1 listopada 2015

"Marzenie" | I

Przed Wami pierwszy rozdział "Happy ever after". Mam nadzieję, że nie zawiodłam, bo tak dobrze ocenionym prologu (:
______________________________________________________________

            Jeszcze raz zerknął na leżący na drewnianym biurku zwitek papieru, upewniając się, iż dobrze przygotował się na polowanie. Triss smacznie spała, więc nie zamierzał jej budzić z tak błahego powodu, jakim było nowe zlecenie, które, szczerze mówiąc, ucieszyło go niezmiernie. Polowania zawsze sprawiało mu wiele radości –  był to bowiem jego styl życia, coś co kochał naprawdę mocno – nieustanna gonitwa za nowymi przeżyciami, przygodą. Pasował mu taki układ, aczkolwiek odkąd związał się na stałe z Merigold, zaczęły nachodzić go, zwłaszcza późnym wieczorem, myśli na temat tego, co by było gdyby...
Wiedźmin potrząsnął głową, chcąc wyrzucić, zupełnie niepotrzebne w tym momencie, dygresje z głowy. Musiał mieć czysty umysł, by sprawnie poradzić sobie z przeciwnikiem i jak najlepiej wykonać pracę. Spojrzał w stronę swojej kobiety, przez krótką chwilę obserwując, jak jej pokaźnych rozmiarów biust unosi się, gdy oddycha. Uniósł lekko kąciki ust. Była naprawdę piękna, choć sama często sądziła inaczej, jednak to on widział ją taką, jaka była w rzeczywistości – urodziwą i nieskazitelną.
Pochylił się nad kartką ze zleceniem. Na jej odwrocie zapisał jedno zdanie, a na koniec podpisał się:

„Niedługo wrócę, kocham Cię.
Twój Geralt”

***

– Mówię ci, Triss, faceci to nic niewarte świnie. Ten elf, którego ostatnio poznałam, wiesz, Garadielus, to po prostu nic, jak zwykły kawał kutasa. Ja się poświęcam, oferuję mój cenny czas, a on co? Woli łowy ze swoimi leśnymi koleżkami! No nie do wiary!
Yennefer poprawiła zdobiącą jej szyję obsydianową gwiazdę, przewracając przy tym teatralnie oczami. Triss zachichotała w odpowiedzi.
– Pieprzone elfy. – mruknęła brunetka. – Vengerberg. Tam to dopiero byli mężczyźni! Z krwi i kości, a nie to ci w tej zapchlonej dziurze. Jasne, wtedy byłam garbuską, no ale teraz? Kiedy wyglądam, jak chodzące kilkaset tysięcy orenów? Nie rozumiem ich toku rozumowania, kompletnie.
– Hej, a czy przypadkiem w twoich żyłach nie płynie elfia krew, hm? – zaciekawiła się przyjaciółka.
– Tajne przez poufne, moja droga. Tajne przez poufne.
Obie się roześmiały. W „Nowym Narakorcie” występowała jakaś nowa, nieznana nikomu grupa muzyczna – grali za to tak świetnie, że nogi same rwały się do tańca.
Rudowłosa czarodziejka postanowiła przystać na zaproszenie Yen, kiedy ta zaoferowała jej spotkanie tego popołudnia. I tak nie miała nic lepszego do zrobienia, ponieważ Geralt – jak zwykle zresztą – wybrał się na polowanie. Dlatego też wyjście do karczmy w celu wypicia paru drinków przy akompaniamencie dobrej muzyki wydawało jej się najlepszym (i jedynym) rozwiązaniem.
Do ich stolika podszedł całkiem przystojny kelner, choć oczywiście ona nie zwracała na to większej uwagi, gdyż od roku była w poważnym związku z Białym Wilkiem. Patrzyła raczej na urodę owego mężczyzny pod pryzmatem zeswatania go z wiecznie rozdartą uczuciowo przyjaciółką. I tak, nadawał się doskonale.
– Co paniom podać? – spytał grzecznie.
Yen zerknęła w swoją kartę, więc to samo uczyniła Triss. Rudowłosa nie przepadała zbytnio za alkoholem, jednak nie zamierzała sprawić przykrości towarzyszce, więc postanowiła, że się z nią napije. Kelner przestąpił z nogi na nogę, co było oznaką, iż zbyt długo zwlekają z wyborem trunku. Wreszcie Yennefer zatrzasnęła z hukiem kartę i zrobiła to tak głośno oraz niespodziewanie, że Triss aż podskoczyła wystraszona.
– Dwie butelki czerwonego wina z Toussaint. – powiedziała, zanim Merigold zdążyła chociażby otworzyć usta. Kiedy kelner skinął głową i odszedł, szepnęła w stronę przyjaciółki. – Mam ochotę się nawalić, a co mi szkodzi.

***

Wiedźmin zeskoczył z konia, lądując stopami na miękkim mchu. Znajdował się w pobliżu Zarzecza, w lesie z tak wysokimi trawami, że całkowicie przesłaniały mu drogę.  Słyszał natomiast doskonale skrzek, który rozlegał się co jakiś czas nad jego głową.
- Pieprzone harpie. – warknął do siebie, ale też jakby w stronę wroga. – Jesteście tak samo zawzięte, jak utopce, a tych nie znoszę równie mocno.
Miał na sobie czarną, sięgającą ud skórzaną kurtkę, spodnie wykonane z tego samego materiału, ocieplane buty i dwa miecze, przepasane na plecach – jeden srebrny na potwory, drugi żelazny na ludzi. Z orężem tak naprawdę nigdy się nie rozstawał – chyba, że w porze kąpieli lub snu. Postąpił parę kroków, nakazując Płotce, by ta została tam, gdzie stoi i cierpliwie na niego zaczekała. Wszystkie konie chrzcił tymże imieniem – sam nie wiedział do końca dlaczego, może po prostu tak bardzo mu się ono podobało?
            Trwała późna jesień i Biały Wilk stwierdził, że wybór ocieplanego obuwia był jak najbardziej trafny. Poza tym, o wiele łatwiej mu się w nim poruszało, aniżeli w ciężkich butach, jakie nosił na co dzień.
Ponownie rozległ się nieludzki, jeżący włosy na karku ryk. Geralt uniósł głowę i w ostatniej chwili zdążył zauważyć lecącą prosto na niego harpię. Błyskawicznie chwycił za rękojeść srebrnego miecza. Odczekał moment, aż monstrum znajdzie się w zasięgu jego ręki, by móc z całej siły ugodzić je naostrzoną klingą. Harpia zaskrzeczała żałośnie, a z jej boku trysnęła czarna jak smoła krew, która opryskała wiedźmina. Skrzywił się. Tego właśnie nie znosił w swojej pracy – zawsze był upaprany w jakieś brei po same uszy. Chcąc wykończyć ranną gadzinę, Geralt wykonał znak Aardu, a potem grzmotnął w nią z całej siły. Bestia wydała z siebie ostatnie tchnienie i padła trupem.
Podobnie postąpił z trzema kolejnymi. Najpierw trafienie mieczem, później dobijanie znakiem. Łatwizna, można by rzec, jednak te czynności, powtarzane wciąż i wciąż, były już dla wiedźmina nieco nużące. Gdy rozprawił się z harpiami, ruszył dalej, by zająć się wreszcie zleceniem, dla którego się w tym miejscu zjawił.

***

Pijana Yennefer tańczyła z kelnerem, śmiejąc się i klaszcząc wesoło. Triss miło było widzieć ją w takim stanie – zazwyczaj czarodziejka albo narzekała na wszystko i wszystkich albo rzucała kąśliwe uwagi. Merigold również była w stanie upojenia alkoholowego, jednak nie w takim stopniu, jak jej przyjaciółka. Zabawnie było oglądać Yen, która próbuje obrócić w tańcu swojego partnera, a potem oboje lądują na ziemi, wybuchając jeszcze głośniejszym śmiechem.
W pewnym momencie Yennefer stwierdziła, że ma już dość tej hulanki i wróciła do stolika. Spojrzała lekko nieprzytomnym wzrokiem na rudowłosą.
- Trisssssss. – wysyczała przez śnieżnobiałe zęby.
– Tak?
– Jaa...(czknięcie) jak się czu–czujeszzzzz?
Czarodziejka uśmiechnęła się, powtrzymując chichot.
– Dobrze, Yen, dobrze. Ale widzę, że ty niekoniecznie. Chodź, wyjdziemy na zewnątrz. Odświeżysz się.
Brunetka najwyraźniej nie zamierzała wnosić sprzeciwu, bo posłusznie skinęła głową i wraz z niemałą pomocą Triss, obie panie wydostały się z lokalu. Usiadły na ławeczce przed „Nowym Narakortem”, gdzie miały doskonały widok na miasto nocą – no, Triss miała, bo Yennefer zajęta była wpatrywaniem się tępym wzrokiem w chodnik. Paru pijaków obijało się od zaułka do zaułka, nie do końca chyba wiedząc, gdzie są. Straże patrolowały rynek w poszukiwaniu złodziejaszków, którzy nocami zakradali się do magazynów, by wziąć dla siebie to i owo.
– I co, lepiej ci? – spytała z troską rudowłosa.
Yen pokiwała głową, chociaż po wyrazie i odcieniu skóry jej twarzy nie do końca było to zgodne z prawdą.
Po chwili zwymiotowała na chodnik.
Jeden ze strażników spojrzał w ich stronę, ale Merigold uniosła kciuk w górę, więc ponownie zajął się czatowaniem na oprychów. Brunetka zwymiotowała jeszcze dwa razy, po czym podniosła głowę i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. W jej własnych było widać przerażającą pustkę.
– Wieszzzz, Trisss... (czknięcie). Za–za.. zazdroszzz... (czknięcie) – czę ci. – wymamrotała.
– Mi? Czego niby?
– Maszzz (czknięcie) go – oo.
Czarodziejka nieco zakłopotana, zmarszczyła brwi.
– Nie rozumiem.
Yen machnęła ręką.
– Wie–eszzz. Ja go–oo (czknięcie) nadal kooooch – aa – am. – wyznała kompletnie zalana. – I z jakiegoś powoduuu... (czknięcie) on ko... ch–aaa (czknięcie) ciebie, wieszzzz.
Rudowłosa poczuła ogromną gulę w gardle. Nie miała pojęcia, jak skomentować to, co właśnie usłyszała z ust swojej przyjaciółki. Postanowiła więc, przemilczeć tę sprawę. Zresztą, i tak nie miała zbyt dużo czasu do namysłu, bo Yennefer straciła przytomność.

***

Geralt z Rivii już od dobrych dziesięciu minut przedzierał się przez zarośniętą chaszczami ścieżkę. W jednej ręce dzierżył srebrny miecz, w drugiej zaś pochodnię, która oświetlała mu drogę – tak naprawdę nie potrzebował jej, by widzieć, ponieważ chwilę wcześniej zażył Kota, jednak w głębi duszy czuł, iż ogień przyda mu się w walce z przeciwnikiem.
Jego uszu dobiegł zniekształcony jęk, coś jak warkot rozwścieczonego psa zmieszany z sykiem węża. Biały Wilk już drugi raz w ciągu zaledwie kilku godzin poczuł dreszcz, przebiegający wzdłuż jego kręgosłupa. Potrząsnął kończynami, chcąc odpędzić od siebie ów uczucie, jak najszybciej się dało. Czuł, że zbliża się do kryjówki bestii, bowiem im bardziej zagłębiał się w głąb lasu, tym lepiej jego nozdrza wyłapywały zapach świeżej krwi.
Wyszedł na małą polanę, na środku której znajdowała się jaskinia. Niewiele myśląc, skierował się w jej stronę.
            W środku jeszcze bardziej cuchnęło krwią, dodatkowo doszły również zapachy zgnilizny i wilgoci. Mieszanka ta stworzyła fetor nie do wytrzymania, toteż Geralt co jakiś czas musiał wstrzymywać oddech. Idąc, mijał sterty ludzkich zwłok – większość zdążyła już przejść proces rozkładu, jednak to, co niepokoiło Geralta to fakt, iż gdzieniegdzie leżały całkiem świeże trupy. Wszystkie ciała miały ślady ugryzień, niektórym brakowało kończyn czy głów.
 – Nawet najlepszy detektyw w Wyzimie nie dałby rady zidentyfikować tych umarlaków. – mruknął pod nosem.
            Wendigo stał tyłem. Zgarbiony, pożerał właśnie zwłoki, które stanowiły część jeszcze większej sterty trupów, zapewne będącej legowiskiem potwora. Białego Wilka ogarnęło obrzydzenie.
– Ej, ty, paskudo! – zawołał odważnie w jego stronę. – Odwróć się i pokaż mi ten swój piękny pyszczek!
Bestia wyprostowała się błyskawicznie. Geralt oszacował jej wysokość na cztery metry. Równie szybko, Wendigo odwrócił się przodem do przeciwnika i rzucił mu groźne spojrzenie czerwonych ślepi. Był nagi – wyglądał naprawdę szkaradnie, niczym wychudzony człowiek o szarej skórze. Rozdziawił umazaną krwią paszczę, ukazując dwa rzędy ostrych jak brzytwa, oblepionych próchnicą zębów, a potem wydał z siebie dźwięk, który dane było wiedźminowi usłyszeć już wcześniej.
– Co się drzesz, hm? Przerwałem ci kolacyjkę?
Stwór znieruchomiał, jakby przetwarzał to, co powiedział do niego przybysz. Analiza nie trwała jednak długo, bo moment później Wendigo znajdował się tuż przed Geraltem, dmuchając mu nasiąkniętym krwią oddechem prosto w twarz.
– Ale zębów to się nie chce myć, co? – Biały Wilk zmrużył oczy, wpatrując się w obrzydliwą mordę swojego zlecenia.
Istotę najwyraźniej znudziły kąśliwe uwagi. Rozwarła paszczę i warcząc, rzuciła się na wroga. Wiedźmin odruchowo cofnął się, robiąc unik. Pędem podbiegł do legowiska potwora, które podpalił. Wendigo zawył przeciągle, a przypominało to zawodzenie zranionego do głębi człowieka. Geralt pojął, iż rozjuszył bestię. I właśnie o to mu chodziło.
            Paskudztwo ponownie rzuciło się w jego stronę, lecz tym razem nie zamierzał czekać. Chwycił mocniej rękojeść miecza i kiedy wróg zbliżył się na tyle, by znów poczuł jego cuchnący oddech, wiedźmin z całej siły ugodził go ostrzem w szyję. Głowa potwora potoczyła się po jaskini, zatrzymując przy jednej z oślizgłych ścian. Reszta ciała osunęła się bezwładnie na ziemię.
– No świetnie. – warknął Geralt, który ponownie został opryskany breją, tym razem w krwistym kolorze.
Złapał za zwłoki i wrzucił je w płomienie. Tak samo postąpił w przypadku głowy stwora.
            Przed wejściem do jaskini czekała na niego driada. Jej zielona skóra lśniła w świetle księżyca, zupełnie jakby pokrywały ją miliony małych kryształków. Długie włosy zasłaniały jej piersi.
– Dziękuję, Gwynbleidd – odezwała się. Jej melodyjny głos przywodził na myśl śpiew ptaków. – Zechciej pozwolić mi się odpłacić.
Wiedźmin zlustrował ją wzrokiem. Była piękna, a on zmęczony i zakochany.
– Wybacz, ale moje serce już do kogoś należy. – powiedział, po czym kulturalnie pożegnał się i zniknął w wysokiej trawie.

***

            Siedziała w oknie, czesząc swoje długie, kasztanowe włosy i wpatrując się w miasto za szybą. Jej chowaniec – czarny kocur imieniem Rae – leżał rozciągnięty przy stopach czarodziejki. Pochyliła się i podrapała zwierzę za uchem, na co zareagowało zadowolonym mruczeniem. Triss uśmiechnęła się.
Nagle kot zerwał się i pognał pod drzwi, piszcząc nieznośnie. Merigold doskonale wiedziała, co oznacza ta zmiana zachowania.
            Klamka się przekręciła, drzwi skrzypnęły, a w nich stanął Geralt. Jego włosy kleiły się do twarzy, cały był ubrudzony krwią i czymś jeszcze, co czarodziejka rozpoznała jako wnętrzności harpii. Widząc swojego mężczyznę w takim stanie, posłała mu rozbawiony, ale i zniesmaczony grymas.
– Nic nie mów. – rzucił w jej stronę, podchodząc do okna.
Utkwiła wzrok w jego wąskich, lecz ładnych ustach.
– O czym marzysz, Geralcie?
Zawahał się. Wrócił do domu po ciężkim dniu, a ona przywitała go takim pytaniem. Zmarszczył brwi.
– W tym momencie o gorącej kąpieli. – powiedział prosto z mostu. – A Ty, Mała Merigold?
            Na dźwięk przezwiska, jakim nazywał ją w dzieciństwie zrobiło jej się ciepło na duszy. Delikatnie ujęła jego prawą dłoń. Wiedział, czego pragnęła. Powtarzała mu to niejednokrotnie, jednak za każdym razem nie była ani trochę bliżej swojego marzenia. Zagryzła wargę, spuszczając wzrok.
– Chcę mieć rodzinę z Tobą, Geralcie. Pragnę, byś był ojcem moich dzieci.
Wiedźmin westchnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że życzenie Triss było niemożliwe do spełnienia, jednak nie potrafił odebrać tej pięknej istocie nadziei.
– Triss. – zaczął. – Będę szukać sposobu na to, byś była szczęśliwa tak długo, dopóki moja dusza będzie istnieć. I nie spocznę, nim go nie znajdę. Obiecuję ci.
Oczy rudowłosej zaszkliły się, jednak wiedźmin nie zobaczył tego, bo włosy zasłaniały jej twarz.
– Jesteś przy mnie. Nawet, jeśli nie ma cię obok to jesteś, o tutaj.
Wyswobodził dłoń z jej uścisku, by móc chwycić rękę czarodziejki i przyłożyć ją do swojej piersi.
- Kocham cię. – wyszeptała.
– Wiem o tym. Pokazujesz mi to każdego dnia, odkąd pierwszy raz cię zobaczyłem. I dziękuję ci. Chociaż również cię kocham, nigdy nie dorówna to uczuciu, jakim ty darzysz mnie. – pochylił się i pocałował ją w czubek głowy. – A teraz chodź, musimy się wykąpać.
Posłała mu jeden z najpiękniejszych uśmiechów, na jaki było ją kiedykolwiek stać.

31 października 2015

"Koszmar na jawie" | Prolog

            Jedenastoletnia Triss Merigold spacerowała leśną ścieżką nieopodal Kaer Morhen – zamczyska, w którym mieściła się Wiedźmińska szkoła cechu Wilka. Jej długie, grube kasztanowe włosy, opadały kaskadami na plecy. Zatrzymując się, co chwilę, dziewczynka podziwiała budzącą się do życia przyrodę. Panowała bowiem wiosna, w uznaniu Triss najpiękniejsza pora roku, która biła na głowę trzy pozostałe. Przystanęła właśnie przy krzaku dzikich róż, gdy zza ogromnych rozmiarów dębu wychylił się siwy łeb, tak dobrze znany Merigold. Geralt z Rivii – choć tak naprawdę Rivem nie był nawet w ¼, ale Rivijski akcent potrafił naśladować doskonale – przyglądał się dziewczynce z ciekawością, zwracając szczególną uwagę na to, w jaki sposób jej delikatne, małe rączki muskały palcami płatki czerwonych, niczym najdojrzalsze jabłko, kwiatów. Triss nie zwróciła na niego uwagi, dopóki nie zawołał z łobuzerskim uśmiechem, przyklejonym do bladej twarzy:
– Mała Merigold!
Podniosła automatycznie głowę, kierując wzrok w stronę, skąd dobiegło wołanie. Na widok rozpromienionego od ucha do ucha wiedźmina, mimowolnie się uśmiechnęła. Pomachała mu rączką, w której  trzymała dopiero co zerwaną różyczkę.
            Chłopiec wyszedł zza dębu i zbliżył się do koleżanki. Miał na sobie luźną lnianą koszulę, skórzane spodnie oraz nieco znoszone już trzewiki. Na jego szyi połyskiwał w blasku słońca srebrny medalion w kształcie łba wilka.
– Nie powinnaś sama spacerować po lesie, to niebezpieczne – zauważył.
– Ach, tak? Niby dlaczego, mądralo?
– No wiesz, to jest dzicz – tutaj wszystko się rządzi  swoimi prawami. Może cię zjeść na przykład jakiś zwierz.
Triss rozejrzała się wokół, lecz nie zauważyła żadnego dzikiego zwierzęcia.
– Niczego tutaj nie widzę. Daruj sobie te żarty – zwróciła się do niego całkiem poważnie.
Geralt również powlókł wzrokiem po lesie, jednak on w odróżnieniu do czarodziejki, dostrzegł coś niepokojącego kilka metrów od nich. Zrobił przerażoną minę.
– Wilk! Triss, wilk! – wrzasnął na całe gardło, a dziewczynka rzuciła się do ucieczki.
Nie oddaliła się jednak za daleko, bo młody wiedźmin zaraz rzucił się w pogoni za nią, udając wycie i warczenie wilka, a robił to tak dobrze, że Merigold, która patrzyła prosto przed siebie, naprawdę myślała, iż goni ją krwiożercza bestia. Przystanęła jednak, gdy rozległ się gromki śmiech kolegi.
            Odwróciła się na pięcie i spojrzała prosto w twarz owemu „wilkowi”, mrużąc gniewnie niebieskie oczy.
– Co ty sobie wyobrażasz, głupku jeden?! – fuknęła, ze złości, aż tupiąc nóżką.
Geralt w odpowiedzi roześmiał się jeszcze głośniej.
            Nagle rozległy się wrzaski, które zlewały się w jedną całość. Triss i Geralt rozejrzeli się, lecz dopiero po chwili w zasięgu ich wzroku pojawili się bandyci, przejeżdżający na koniach przez las. Zmierzali w ich kierunku. Wiedźmin, czym prędzej dobył miecza, jednak zamiast stali w ręku poczuł pustkę, ponieważ wychodząc na spacer nie zabrał ze sobą oręża. Zaklął cicho pod nosem, czując, że robi mu się niedobrze. Spojrzał na towarzyszkę, która wyglądała, jakby miała zemdleć.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział do niej, chcąc by się uspokoiła, choć sam czuł, że zaraz ugną się pod nim nogi.
Odwrócił się twarzą do napastników, kiedy jeden z nich – mężczyzna o kilkudniowym zaroście i wielkiej bliźnie, przecinającej jego policzek – zamachnął się mieczem, godząc młodzieńca prosto w pierś i przebijając ją na wylot. Chłopiec upadł na kolana, krztusząc się krwią, po czym bezwładnie osunął się na ziemię. Triss otworzyła malinowe usta i zaczęła krzyczeć.

Kiedy obudziła się zalana potem, nadal krzyczała. Fizycznie dwudziestosześcioletnia Triss Merigold przyciągnęła do siebie nogi, a potem oparła o kolana rozgrzane czoło z poprzyklejanymi do niego kasztanowymi kosmykami włosów. Wzięła kilka szybkich oddechów.
– „To tylko sen, to tylko sen, to tylko sen” – powtarzała w myślach.
Jednak ów koszmar śnił jej się już od trzech miesięcy. Zerknęła z trudem na puste miejsce obok siebie, które wcześniej było zajęte, aż do pierwszego razu, gdy przyśnił jej się ten sen. Zagryzła mocno dolną wargę, powstrzymując wzbierające się w kącikach jej oczu łzy.
Geralt zniknął równe trzy miesiące temu i nadal nie było po nim żadnego śladu.

24 maja 2015

"Nigdy nie należy się poddawać"

Sharlotte chwyciła za metalową klamkę pokaźnych rozmiarów drzwi wejściowych, po czym szarpnęła ją, by móc je otworzyć i wejść do środka. Lekcje trwały już od dobrych dziesięciu minut, toteż nastolatka czym prędzej udała się w kierunku odpowiedniej klasy. Pomieszczenie to było średniej wielkości – ściany koloru miętowego idealnie współgrały z białym sufitem oraz sosnowymi ławkami, krzesłami i oczywiście nauczycielskim biurkiem. Tablica, która wisiała za plecami profesora była w standardowym zgniłozielonym kolorze.
– Jest i nasza nowa koleżanka! Szkoda tylko, że nieco spóźniona... – powitał ją nauczyciel.
Poczuła, jak rumieńce wylewają się na jej blade policzki. Może jeszcze była szansa na odwrót? Chyba nie byłoby problemem, gdyby teraz po prostu się odwróciła i wyszła...Wolała jednak nie ryzykować. „Wejście smoka” dostatecznie zrujnowało jej „pierwsze wrażenie”.
– Moi drodzy, Sharlotte z pewnością chciałaby nam co nieco o sobie opowiedzieć. Prawda, panienko Morgan?
– Właściwie to... – zaczęła, lecz profesor niezbyt grzecznie jej przerwał.
– Cu-do-wnie! – sposób, w jaki wypowiedział to słowo, rozdzielając je na sylaby, sprawił, że poczuła się dziwnie. – Słuchamy, słuchamy.
Przeniosła ciężar ciała z lewej na prawą nogę, nerwowo wyłamując palce. Nie była zbyt dobra w publicznych wystąpieniach. W dodatku, nie lubiła o sobie mówić. A tu proszę! Nie dość, że miała się przedstawić to jeszcze dwudziestu-sześciu osobom, nie licząc nauczyciela. Westchnęła.
– Ym, mam na imię Morgan... znaczy się, e... Moje nazwisko to Sharlotte...
„Idealny początek, nie ma co!” – skarciła się w myślach. Postanowiła jednak zacisnąć przysłowiowe zęby i zacząć jeszcze raz.
– Cześć, jestem Sharlotte. Przeprowadziłam się z Nowego Yorku, choć wielka Brytania to moja ojczyzna. Mieszkam z babcią i mam dwa szczury – Filiego i Kiliego.