Sharlotte
chwyciła za metalową klamkę pokaźnych rozmiarów drzwi wejściowych, po czym
szarpnęła ją, by móc je otworzyć i wejść do środka. Lekcje trwały już od
dobrych dziesięciu minut, toteż nastolatka czym prędzej udała się w kierunku
odpowiedniej klasy. Pomieszczenie to było średniej wielkości – ściany koloru
miętowego idealnie współgrały z białym sufitem oraz sosnowymi ławkami,
krzesłami i oczywiście nauczycielskim biurkiem. Tablica, która wisiała za
plecami profesora była w standardowym zgniłozielonym kolorze.
– Jest i nasza nowa koleżanka!
Szkoda tylko, że nieco spóźniona... – powitał ją nauczyciel.
Poczuła, jak rumieńce wylewają
się na jej blade policzki. Może jeszcze była szansa na odwrót? Chyba nie byłoby
problemem, gdyby teraz po prostu się odwróciła i wyszła...Wolała jednak nie
ryzykować. „Wejście smoka” dostatecznie zrujnowało jej „pierwsze wrażenie”.
– Moi drodzy, Sharlotte z
pewnością chciałaby nam co nieco o sobie opowiedzieć. Prawda, panienko Morgan?
– Właściwie to... – zaczęła, lecz
profesor niezbyt grzecznie jej przerwał.
– Cu-do-wnie! – sposób, w jaki
wypowiedział to słowo, rozdzielając je na sylaby, sprawił, że poczuła się dziwnie. – Słuchamy, słuchamy.
Przeniosła
ciężar ciała z lewej na prawą nogę, nerwowo wyłamując palce. Nie była zbyt
dobra w publicznych wystąpieniach. W dodatku, nie lubiła o sobie mówić. A tu
proszę! Nie dość, że miała się przedstawić to jeszcze dwudziestu-sześciu
osobom, nie licząc nauczyciela. Westchnęła.
– Ym, mam na imię Morgan... znaczy
się, e... Moje nazwisko to Sharlotte...
„Idealny początek, nie ma co!” – skarciła się w myślach. Postanowiła jednak zacisnąć przysłowiowe zęby i zacząć
jeszcze raz.
– Cześć, jestem Sharlotte.
Przeprowadziłam się z Nowego Yorku, choć wielka Brytania to moja ojczyzna.
Mieszkam z babcią i mam dwa szczury – Filiego i Kiliego.
Podczas swojej wypowiedzi
zauważyła, że jeden z uczniów słucha jej z nieskrywaną uwagą. Kiedy pozwoliła
sobie na niego zerknąć, posłał w jej stronę przyjacielski uśmiech, przez który
poczuła, jak jej serce znacznie przyspiesza.
– Fanka Tolkienowskiej
twórczości, hm? Ciekawe. Dziękujemy bardzo, panno Morgan. Może pani zająć
miejsce, a my będziemy kontynuować temat lekcji.
Posłusznie usiadła w wolnej ławce
na tyłach klasy, po czym rozpakowała się i zapisała temat w zeszycie. Przez
resztę lekcji czuła na sobie ciekawskie spojrzenie chłopaka, który słuchał
uważnie jej prezentacji. Starała się skupić na słowach nauczyciela, jednak to
gapienie sięna nią znacznie utrudniało jej tę czynność.
Kiedy rozległ
się wyczekiwany przez Sharlotte dzwonek, dziewczyna z ulgą spakowała się i
wyszła z klasy. Przerwę spędziła w towarzystwie rozmaitych książek oraz pani
bibliotekarki, która okazała się uroczą wdową z mieszkaniem pełnym kotów.
Kobieta była przy przedstawianiu Sharr imienia czwartego z nich, kiedy
zadzwonił dzwonek. Nastolatka pożegnała się z nią, obiecując przy tym, że pojawi
się w bibliotece na następnej przerwie. Nie chcąc tym razem się spóźnić, Morgan
wręcz pobiegła do sali lekcyjnej. Udało jej się – nauczycielka dopiero co
opuściła pokój nauczycielski. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, ustawiając się pod
klasą i czekając, aż kobieta wpuści uczniów do środka. Gdy już to zrobiła,
Sharlotte ponownie zajęłam miejsce w jednej z ostatnich ławek. Nie chciała się
zbytnio „wychylać”.
Korzystając z
okazji, że była to lekcja z wychowawcą, nastolatka pogrążyła się w lekturze
„Małego Księcia” – książki, którą wręcz ubóstwiała i czytała któryś raz z
kolei. Opowieść ta całkowicie ją fascynowała – była bowiem piękną historią o
przyjaźni, jak i miłości, których w życiu Sharlotte zdecydowanie brakowało.
Nigdy nie miała przyjaciela, a po tragicznym wypadku i śmierci obojga rodziców
została wręcz zmuszona do przeprowadzki, zostawiając tym samym swoich
znajomych, z którymi spędziła dobre kilka lat. Była zupełnie sama – nie licząc
babci, ale ona przecież nie zastąpi jej przyjaciół – i ta historia, mimo tak
wielkiego uwielbienia, jakim ją darzyła, była dla niej swoistym rodzajem udręki
oraz tęsknoty za czymś, czego nigdy dotąd nie było jej dane doświadczyć.
Rozmyślenia
Sharlotte przerwał ciepły, męski głos:
– Hej, można się dosiąść?
Niechętnie podniosła wzrok znad
książki – moment, kiedy czytała był najgorszym możliwym na przerywanie jej i
już miała uraczyć osobę, która się tego dopuściła obfitą w brzydkie słowa
wiązanką, jednak kiedy dostrzegła, kto właściwie to zrobił, zdusiła w sobie
potrzebę nagłego wybuchu. Uroczy szatyn, który wlepiał w nią swoje szare oczęta
– swoją drogą były naprawdę ładne – lekcję temu, stał nad nią i uśmiechał się
tym swoim uśmiechem, który rozpromieniał całą jego, nawiasem mówiąc przystojną,
twarz. Skinęła więc bez słowa głową, dając mu pozwolenie, które przyjął z
wyraźnym entuzjazmem. Sharlotte dziwiło jego zachowanie, ponieważ nigdy
wcześniej nikt aż tak się nią nie interesował. Uznała to jednak za dobry znak.
Chłopak
wyciągnął z kieszeni swojej ciemnofioletowej bluzy batonik, który podsunął w
stronę nastolatki. Skrzywiła się mimowolnie.
– Nie, dziękuję. Jadłam – skłamała, zupełnie jak gdyby jedzenie nie było wcale jedną z przyczyn jej
„problemów”.
Nastała niezręczna cisza. Chłopak
postanowił ją przerwać dopiero po upływie kilku minut.
– Chyba niezbyt proste jest od
tak się przenieść do nowego miejsca, prawda? – spytał.
– Cóż, szczerze mówiąc nie jest
mi łatwo, ale staram się być dobrej myśli.
– To dobry sposób.
– Tak myślisz? – spojrzała na
niego z zaciekawieniem.
– Owszem. Nieważne, jak trudno by nie było – nigdy nie należy się poddawać.
– To bardzo mądre słowa –
zauważyła Sharlotte.
– Dziękuję.
○●○
– Babciu? – zawołała Sharlotte,
przechodząc przez długi przedpokój i kierując się do kuchni, skąd dochodziły
odgłosy przygotowywania posiłku.
– Sharri? Wróciłaś już? –
odezwała się niska kobieta, witając wnuczkę w swoim ulubionym żółtym fartuszku
i z szerokim uśmiechem na ustach.
Nastolatka zrzuciła torbę prosto
na podłogę, by móc swobodnie przytulić się do staruszki w geście powitania. Do
jej nozdrzy wdarł się zapach mąki zmieszany z drogimi damskimi perfumami.
Sharlotte odsunęła się i usiadła przy stole, zakładając nogę na nogę.
– Jak pierwszy dzień w nowej
szkole? – zaczęła rozmowę kobieta, powracając do lepienia pierogów. – Poznałaś
kogoś fajnego?
– Dobrze, o dziwo i... właściwie to
tak, poznałam.
Staruszka zerknęła przez ramię na
wnuczkę.
– Przystojny chociaż?
– Babciu! – dziewczyna zaśmiała
się.
– No co? To ważne pytanie!
– Sama się przekonasz. O ile mi
pozwolisz.
– Na co? – babcia zmarszczyła
brwi.
– Na przyprowadzenie go jutro
tutaj.
Kobieta nie odpowiadała, tworząc,
według Sharlotte zbędne, napięcie. Po chwili zachichotała.
– Jeśli chcesz, nie mam nic
przeciwko. Mam upiec ciasteczka?
– Och, mogłabyś?
– Hm, pomyślę nad tym. A teraz,
moja panno, proszę umyć ręce i pomóc mi w przygotowywaniu obiadu.
○●○
Rozległ
się dzwonek do drzwi, więc Sharlotte dosłownie rzuciła się, by je otworzyć.
Serce jej przyspieszyło, gdy przez „judasza” dostrzegła rozpromienionego kolegę
z klasy. Wzięła kilka krótkich oddechów, po czym otworzyła mu drzwi.
– Cześć, Sharr – powitał ją.
– Hej, Nate – odparła, robiąc mu
miejsce i gestem zapraszając do środka.
W korytarzu pojawiła się babcia
Sharlotte z tacką pełną ciastek oraz dwoma kubkami gorącej herbaty.
– To ty jesteś tym
przystojniakiem, o którym Sharri bez ustanku opowiada, prawda?
– Babciu! – nastolatka poczuła,
jak oblewają ją rumieńce. – Przepraszam za nią, wiesz, starość. Bredzi i tyle.
– Mam swoje lata, ale i doskonałą
pamięć – odezwała się staruszka. – Oraz niesłychane poczucie humoru – mówiąc
to, puściła oczko Sharlotte, która odwzajemniła gest. – Bernardette, ale mów mi
Bernie.
– Nathan Delane – przedstawił się
chłopak.
– To my już pójdziemy do mojego
pokoju. Wezmę to – powiedziała Sharlotte, biorąc od babci tacę z jedzeniem, a
potem razem z Nathanem udali się po schodach do sypialni nastolatki. Dziewczyna
zamknęła drzwi i zapytała:
– To... co chcesz robić? Wiesz,
nie jestem dobra w spotkaniach towarzyskich, zwłaszcza jeśli chodzi o płeć
przeciwną – przyznała szczerze.
– Co powiesz na „Wielką Szóstkę”?
– zaproponował, wyciągając z plecaka pudełko z płytą.
– Co powiem?! Człowieku, to jedna
z moich ulubionych animacji!
– Czyli dobrze trafiłem?
– Tak, jak najbardziej –
uśmiechnęła się.
Wzięła od niego pudełko i
włączyła bajkę. Usiedli na dywanie, oparci o ramę łóżka i zajadali się
ciasteczkami, popijając je pyszną herbatą. Po trzydziestu minutach oglądania,
Sharlotte odezwała się cicho:
– Jesteś w sumie podobny do
Baymaxa.
– Pewnie z wyglądu, co? – zaśmiał
się Nathan.
– Hm, jakby tak się przyjrzeć to
i owszem, widać jakieś podobieństwo.
– No, ej! Okropna jesteś! –
chłopak zrobił obrażoną minę.
– Żartowałam, żartowałam.
Jesteście podobni, ale pod innym względem – oboje jesteście uroczy i
bezinteresowni. Lubicie pomagać i doskonale znacie na to sposoby – wyjaśniła.
Nathan zamrugał, a potem spojrzał
Sharlotte głęboko w oczy. W jego własnych widać było rosnące zafascynowanie.
– Sądzisz, że jestem... uroczy?
– Ja...
– Powiedz prawdę.
– Uhm, tak. Tak właśnie sądzę.
– Cóż, to...miłe. I ty również
jesteś uroczą istotką – wyznał chłopak.
– Ja? Dlaczego niby? – zdziwiła
się Sharr.
Nathan uśmiechnął się do niej
ciepło. Wziął dziewczynę za rękę.
– Ponieważ...jesteś delikatna i
słodka. Zupełnie, jak najpiękniejszy kwiat. Trzeba o ciebie odpowiednio dbać i
chronić przed złem. Jeśli mi pozwolisz, chciałbym móc się tym zajmować już
zawsze.
Sharlotte zarumieniła się. Nie
miała pojęcia, co takiego robiła, że kolega tak ją polubił, lecz podobało jej
się to.
Podniósł jej
dłoń, by móc ucałować jej skórę i wtedy jego uwagę przykuły zabliźnione oraz
świeże rany na nadgarstku dziewczyny.
– Czy ty... – zaczął nieco
przerażony tym, co właśnie zobaczył.
Dziewczyna pospiesznie wyrwała
rękę. Odwróciła twarz w stronę okna.
– Okaleczasz się.
To nie było pytanie, lecz
stwierdzenie. Przesiąknięte smutkiem zdanie twierdzące.
– Ja? Nie. To kot, podrapał mnie
– wymamrotała.
– Ty nie masz kota – zauważył.
– Powiedziałam „kot”? Musiałam
się pomylić. Chodziło mi o szczury, tak. Szczury.
Nathan złapał dziewczynę za
brodę, by zwrócić jej twarz w swoją stronę. Unikała kontaktu wzrokowego.
– Nie kłam, dobrze? Spójrz na
mnie, proszę – wyszeptał.
Nastolatka posłusznie utkwiła
wzrok w jego oczach.
– Nie musisz się wstydzić swoich
słabości. Nie przy mnie. Pomogę ci. Razem damy sobie radę, obiecuję.
Po tych słowach nachylił się i złożył
na jednym z policzków Sharlotte delikatny pocałunek. Oczy panienki Morgan
zaszkliły się, więc Nathan wytarł łzy wierzchem dłoni.
– Nie płacz, księżniczko.
Wszystko będzie dobrze, naprawdę.
○●○
Mijały
tygodnie, a Sharlotte i Nathan stawali się sobie coraz bardziej bliscy. Nie
było dnia, którego nie spędziliby razem. I tak, jak Mały książkę oswoił Lisa,
tak chłopak krok po kroku zbliżał się do Sharr.
Gdy pewnego
popołudnia dziewczyna czekała na niego w kawiarni, a on spóźniał się już dobre
czterdzieści minut, Sharlotte postanowiła po raz kolejny do niego zadzwonić. Tym
razem połączenie wreszcie zostało odebrane, lecz nie przez Nathana, a jego
mamę.
– Halo?
– Sharlotte.
– Pani Delane? Dlaczego Nathan
nie odbiera? Czemu go nie ma?
– Sharlotte... Nathan, on...
Nastolatka przełknęła cicho
ślinę. Spodziewała się najgorszego.
– Co z nim, pani Delane?
– Miał wypadek. Jest w bardzo zły
stanie... On... on jest w śpiączce.
Poczuła, jak krew odpływa jej z
całego ciała. Jak robot wstała z krzesła i opuściła lokal, kierując się na
przystanek autobusowy, by móc jak najszybciej znaleźć się przy Nathanie.
Gdy dotarła na
miejsce i ujrzała go bezwładnego, podłączonego do całej serii ustrojstw, które
wydawały z siebie niezwykle irytujące dźwięki - serce jej zamarło. Naraz zaniosła
się płaczem i rzuciła ku niemu, łapiąc go za rękę i mocno ją ściskając.
– Jakie jest prawdopodobieństwo,
że się wybudzi? – spytała cicho.
– Niewielkie – odparł lekarz. –
Ale trzeba być dobrej myśli.
„Nieważne, jak trudno by nie było - nigdy
nie należy się poddawać.” – słowa Nathana rozbrzmiały w jej głowie.
Nie zamierzała tego robić- za
wszelką cenę chciała walczyć o tę przyjaźń.
○●○
– Budzi się! – zwołała przez łzy
Sharlotte. – On się budzi!
Odsunęła się,
dając miejsce lekarzom, którzy przystąpili do wykonywania rutynowych działań.
Po wszystkim pozwolono jej się do niego zbliżyć. Złapała go za rękę,
uśmiechając się i powiedziała:
– Nathan. Dobrze, że wróciłeś.
Czekałam na ciebie bardzo długo, wiesz? Mamy mnóstwo kreskówek do
nadrobienia...
– Przepraszam – przerwał jej
nagle chłopak. – Ale kim ty jesteś?
Wnętrzności nastolatki splątały
się ze sobą. Poczuła, że robi jej się słabo.
– Jak to „kim”? Ty...nie
pamiętasz mnie?
– Niestety nie, wybacz.
Powinienem?
– Oh – wyrwało jej się. –
Ja... um. To nic, to... nic – głos się jej załamał.
Wstała szybko, po czym opuściła
pomieszczenie, dusząc w sobie łzy.
Kilka dni
później Nathan pojawił się w szkole. Jak się okazało, na wskutek wypadku nie
pamiętał jedynie Sharlotte. Mimo to, nie zamierzała się poddać. Kiedy ujrzała
go na pierwszej lekcji, siedzącego samotnie z tyłu, podeszła do niego z
uśmiechem. Wyjęła z torby batonika – tego samego, którego oferował jej, gdy się
poznali – i zaproponowała:
– Chcesz gryza?
Skinął głową w odpowiedzi.
Podzieliła się z nim słodyczą i po otrzymaniu pozwolenia, zajęła miejsce obok
niego.
– Jestem Nathan – przedstawił
się, a ona poczuła dziwne ukłucie w sercu.
– Sharlotte – odparła.
Na jego przystojnej twarzy
pojawił się rozpromieniający ją uśmiech, za którym tak bardzo tęskniła.
„Nigdy nie należy się poddawać” –
powtórzyła sobie w myślach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz