Przed Wami pierwszy rozdział "Happy ever after". Mam nadzieję, że nie zawiodłam, bo tak dobrze ocenionym prologu (:
______________________________________________________________
Jeszcze raz zerknął na leżący na
drewnianym biurku zwitek papieru, upewniając się, iż dobrze przygotował się na
polowanie. Triss smacznie spała, więc nie zamierzał jej budzić z tak błahego
powodu, jakim było nowe zlecenie, które, szczerze mówiąc, ucieszyło go
niezmiernie. Polowania zawsze sprawiało mu wiele radości – był to bowiem jego styl życia, coś co kochał naprawdę
mocno – nieustanna gonitwa za nowymi przeżyciami, przygodą. Pasował mu taki
układ, aczkolwiek odkąd związał się na stałe z Merigold, zaczęły nachodzić go,
zwłaszcza późnym wieczorem, myśli na temat tego, co by było gdyby...
Wiedźmin
potrząsnął głową, chcąc wyrzucić, zupełnie niepotrzebne w tym momencie,
dygresje z głowy. Musiał mieć czysty umysł, by sprawnie poradzić sobie z
przeciwnikiem i jak najlepiej wykonać pracę. Spojrzał w stronę swojej kobiety,
przez krótką chwilę obserwując, jak jej pokaźnych rozmiarów biust unosi się,
gdy oddycha. Uniósł lekko kąciki ust. Była naprawdę piękna, choć sama często
sądziła inaczej, jednak to on widział ją taką, jaka była w rzeczywistości –
urodziwą i nieskazitelną.
Pochylił się nad kartką ze zleceniem. Na jej
odwrocie zapisał jedno zdanie, a na koniec podpisał się:
„Niedługo wrócę, kocham Cię.
Twój Geralt”
***
–
Mówię ci, Triss, faceci to nic niewarte świnie. Ten elf, którego ostatnio
poznałam, wiesz, Garadielus, to po prostu nic, jak zwykły kawał kutasa. Ja się
poświęcam, oferuję mój cenny czas, a on co? Woli łowy ze swoimi leśnymi
koleżkami! No nie do wiary!
Yennefer poprawiła zdobiącą jej szyję obsydianową
gwiazdę, przewracając przy tym teatralnie oczami. Triss zachichotała w
odpowiedzi.
–
Pieprzone elfy. – mruknęła brunetka. – Vengerberg. Tam to dopiero byli mężczyźni! Z krwi i kości, a nie to ci w tej zapchlonej dziurze. Jasne, wtedy
byłam garbuską, no ale teraz? Kiedy wyglądam, jak chodzące kilkaset tysięcy
orenów? Nie rozumiem ich toku rozumowania, kompletnie.
–
Hej, a czy przypadkiem w twoich żyłach nie płynie elfia krew, hm? –
zaciekawiła się przyjaciółka.
–
Tajne przez poufne, moja droga. Tajne przez poufne.
Obie
się roześmiały. W „Nowym Narakorcie” występowała jakaś nowa, nieznana nikomu
grupa muzyczna – grali za to tak świetnie, że nogi same rwały się do tańca.
Rudowłosa czarodziejka postanowiła przystać na
zaproszenie Yen, kiedy ta zaoferowała jej spotkanie tego popołudnia. I tak nie
miała nic lepszego do zrobienia, ponieważ Geralt – jak zwykle zresztą – wybrał
się na polowanie. Dlatego też wyjście do karczmy w celu wypicia paru drinków
przy akompaniamencie dobrej muzyki wydawało jej się najlepszym (i jedynym)
rozwiązaniem.
Do
ich stolika podszedł całkiem przystojny kelner, choć oczywiście ona nie
zwracała na to większej uwagi, gdyż od roku była w poważnym związku z Białym
Wilkiem. Patrzyła raczej na urodę owego mężczyzny pod pryzmatem zeswatania go z
wiecznie rozdartą uczuciowo przyjaciółką. I tak, nadawał się doskonale.
–
Co paniom podać? – spytał grzecznie.
Yen
zerknęła w swoją kartę, więc to samo uczyniła Triss. Rudowłosa nie przepadała
zbytnio za alkoholem, jednak nie zamierzała sprawić przykrości towarzyszce,
więc postanowiła, że się z nią napije. Kelner przestąpił z nogi na nogę, co
było oznaką, iż zbyt długo zwlekają z wyborem trunku. Wreszcie Yennefer
zatrzasnęła z hukiem kartę i zrobiła to tak głośno oraz niespodziewanie, że
Triss aż podskoczyła wystraszona.
–
Dwie butelki czerwonego wina z Toussaint. – powiedziała, zanim Merigold zdążyła
chociażby otworzyć usta. Kiedy kelner skinął głową i odszedł, szepnęła w stronę
przyjaciółki. – Mam ochotę się nawalić, a co mi szkodzi.
***
Wiedźmin zeskoczył z konia, lądując stopami na
miękkim mchu. Znajdował się w pobliżu Zarzecza, w lesie z tak wysokimi trawami,
że całkowicie przesłaniały mu drogę.
Słyszał natomiast doskonale skrzek, który rozlegał się co jakiś czas nad
jego głową.
-
Pieprzone harpie. – warknął do siebie, ale też jakby w stronę wroga. –
Jesteście tak samo zawzięte, jak utopce, a tych nie znoszę równie mocno.
Miał
na sobie czarną, sięgającą ud skórzaną kurtkę, spodnie wykonane z tego samego
materiału, ocieplane buty i dwa miecze, przepasane na plecach – jeden srebrny
na potwory, drugi żelazny na ludzi. Z orężem tak naprawdę nigdy się nie
rozstawał – chyba, że w porze kąpieli lub snu. Postąpił parę kroków, nakazując
Płotce, by ta została tam, gdzie stoi i cierpliwie na niego zaczekała.
Wszystkie konie chrzcił tymże imieniem – sam nie wiedział do końca dlaczego,
może po prostu tak bardzo mu się ono podobało?
Trwała późna jesień i Biały Wilk
stwierdził, że wybór ocieplanego obuwia był jak najbardziej trafny. Poza tym, o
wiele łatwiej mu się w nim poruszało, aniżeli w ciężkich butach, jakie nosił na
co dzień.
Ponownie
rozległ się nieludzki, jeżący włosy na karku ryk. Geralt uniósł głowę i w
ostatniej chwili zdążył zauważyć lecącą prosto na niego harpię. Błyskawicznie
chwycił za rękojeść srebrnego miecza. Odczekał moment, aż monstrum znajdzie się
w zasięgu jego ręki, by móc z całej siły ugodzić je naostrzoną klingą. Harpia
zaskrzeczała żałośnie, a z jej boku trysnęła czarna jak smoła krew, która
opryskała wiedźmina. Skrzywił się. Tego właśnie nie znosił w swojej pracy –
zawsze był upaprany w jakieś brei po same uszy. Chcąc wykończyć ranną gadzinę,
Geralt wykonał znak Aardu, a potem grzmotnął w nią z całej siły. Bestia wydała
z siebie ostatnie tchnienie i padła trupem.
Podobnie postąpił z trzema kolejnymi. Najpierw
trafienie mieczem, później dobijanie znakiem. Łatwizna, można by rzec, jednak
te czynności, powtarzane wciąż i wciąż, były już dla wiedźmina nieco nużące.
Gdy rozprawił się z harpiami, ruszył dalej, by zająć się wreszcie
zleceniem, dla którego się w tym miejscu zjawił.
***
Pijana Yennefer tańczyła z kelnerem, śmiejąc się i
klaszcząc wesoło. Triss miło było widzieć ją w takim stanie – zazwyczaj
czarodziejka albo narzekała na wszystko i wszystkich albo rzucała kąśliwe
uwagi. Merigold również była w stanie upojenia alkoholowego, jednak nie w takim
stopniu, jak jej przyjaciółka. Zabawnie było oglądać Yen, która próbuje obrócić
w tańcu swojego partnera, a potem oboje lądują na ziemi, wybuchając jeszcze
głośniejszym śmiechem.
W pewnym momencie Yennefer stwierdziła, że ma już
dość tej hulanki i wróciła do stolika. Spojrzała lekko nieprzytomnym wzrokiem
na rudowłosą.
-
Trisssssss. – wysyczała przez śnieżnobiałe zęby.
–
Tak?
–
Jaa...(czknięcie) jak się czu–czujeszzzzz?
Czarodziejka
uśmiechnęła się, powtrzymując chichot.
–
Dobrze, Yen, dobrze. Ale widzę, że ty niekoniecznie. Chodź, wyjdziemy na
zewnątrz. Odświeżysz się.
Brunetka
najwyraźniej nie zamierzała wnosić sprzeciwu, bo posłusznie skinęła głową i wraz
z niemałą pomocą Triss, obie panie wydostały się z lokalu. Usiadły na ławeczce
przed „Nowym Narakortem”, gdzie miały doskonały widok na miasto nocą – no, Triss
miała, bo Yennefer zajęta była wpatrywaniem się tępym wzrokiem w chodnik. Paru
pijaków obijało się od zaułka do zaułka, nie do końca chyba wiedząc, gdzie są.
Straże patrolowały rynek w poszukiwaniu złodziejaszków, którzy nocami zakradali
się do magazynów, by wziąć dla siebie to i owo.
–
I co, lepiej ci? – spytała z troską rudowłosa.
Yen
pokiwała głową, chociaż po wyrazie i odcieniu skóry jej twarzy nie do końca
było to zgodne z prawdą.
Po chwili zwymiotowała na chodnik.
Jeden
ze strażników spojrzał w ich stronę, ale Merigold uniosła kciuk w górę, więc
ponownie zajął się czatowaniem na oprychów. Brunetka zwymiotowała jeszcze dwa
razy, po czym podniosła głowę i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. W jej
własnych było widać przerażającą pustkę.
–
Wieszzzz, Trisss... (czknięcie). Za–za.. zazdroszzz... (czknięcie) – czę ci. –
wymamrotała.
–
Mi? Czego niby?
–
Maszzz (czknięcie) go – oo.
Czarodziejka
nieco zakłopotana, zmarszczyła brwi.
–
Nie rozumiem.
Yen
machnęła ręką.
–
Wie–eszzz. Ja go–oo (czknięcie) nadal kooooch – aa – am. – wyznała kompletnie
zalana. – I z jakiegoś powoduuu... (czknięcie) on ko... ch–aaa (czknięcie)
ciebie, wieszzzz.
Rudowłosa poczuła ogromną gulę w gardle. Nie miała
pojęcia, jak skomentować to, co właśnie usłyszała z ust swojej przyjaciółki. Postanowiła
więc, przemilczeć tę sprawę. Zresztą, i tak nie miała zbyt dużo czasu do
namysłu, bo Yennefer straciła przytomność.
***
Geralt z Rivii już od dobrych dziesięciu minut
przedzierał się przez zarośniętą chaszczami ścieżkę. W jednej ręce dzierżył
srebrny miecz, w drugiej zaś pochodnię, która oświetlała mu drogę – tak naprawdę
nie potrzebował jej, by widzieć, ponieważ chwilę wcześniej zażył Kota, jednak w
głębi duszy czuł, iż ogień przyda mu się w walce z przeciwnikiem.
Jego uszu dobiegł zniekształcony jęk, coś jak
warkot rozwścieczonego psa zmieszany z sykiem węża. Biały Wilk już drugi raz w
ciągu zaledwie kilku godzin poczuł dreszcz, przebiegający wzdłuż jego
kręgosłupa. Potrząsnął kończynami, chcąc odpędzić od siebie ów uczucie, jak
najszybciej się dało. Czuł, że zbliża się do kryjówki bestii, bowiem im
bardziej zagłębiał się w głąb lasu, tym lepiej jego nozdrza wyłapywały zapach
świeżej krwi.
Wyszedł
na małą polanę, na środku której znajdowała się jaskinia. Niewiele myśląc,
skierował się w jej stronę.
W środku jeszcze bardziej cuchnęło
krwią, dodatkowo doszły również zapachy zgnilizny i wilgoci. Mieszanka ta
stworzyła fetor nie do wytrzymania, toteż Geralt co jakiś czas musiał
wstrzymywać oddech. Idąc, mijał sterty ludzkich zwłok – większość zdążyła już
przejść proces rozkładu, jednak to, co niepokoiło Geralta to fakt, iż
gdzieniegdzie leżały całkiem świeże trupy. Wszystkie ciała miały ślady
ugryzień, niektórym brakowało kończyn czy głów.
– Nawet najlepszy detektyw w Wyzimie nie dałby
rady zidentyfikować tych umarlaków. – mruknął pod nosem.
Wendigo stał tyłem. Zgarbiony,
pożerał właśnie zwłoki, które stanowiły część jeszcze większej sterty trupów,
zapewne będącej legowiskiem potwora. Białego Wilka ogarnęło obrzydzenie.
–
Ej, ty, paskudo! – zawołał odważnie w jego stronę. – Odwróć się i pokaż mi ten
swój piękny pyszczek!
Bestia wyprostowała się błyskawicznie. Geralt
oszacował jej wysokość na cztery metry. Równie szybko, Wendigo odwrócił się
przodem do przeciwnika i rzucił mu groźne spojrzenie czerwonych ślepi. Był nagi
– wyglądał naprawdę szkaradnie, niczym wychudzony człowiek o szarej skórze.
Rozdziawił umazaną krwią paszczę, ukazując dwa rzędy ostrych jak brzytwa,
oblepionych próchnicą zębów, a potem wydał z siebie dźwięk, który dane było
wiedźminowi usłyszeć już wcześniej.
–
Co się drzesz, hm? Przerwałem ci kolacyjkę?
Stwór
znieruchomiał, jakby przetwarzał to, co powiedział do niego przybysz. Analiza
nie trwała jednak długo, bo moment później Wendigo znajdował się tuż przed
Geraltem, dmuchając mu nasiąkniętym krwią oddechem prosto w twarz.
–
Ale zębów to się nie chce myć, co? – Biały Wilk zmrużył oczy, wpatrując się w
obrzydliwą mordę swojego zlecenia.
Istotę
najwyraźniej znudziły kąśliwe uwagi. Rozwarła paszczę i warcząc, rzuciła się na
wroga. Wiedźmin odruchowo cofnął się, robiąc unik. Pędem podbiegł do legowiska
potwora, które podpalił. Wendigo zawył przeciągle, a przypominało to zawodzenie
zranionego do głębi człowieka. Geralt pojął, iż rozjuszył bestię. I właśnie o
to mu chodziło.
Paskudztwo ponownie rzuciło się w
jego stronę, lecz tym razem nie zamierzał czekać. Chwycił mocniej rękojeść
miecza i kiedy wróg zbliżył się na tyle, by znów poczuł jego cuchnący oddech,
wiedźmin z całej siły ugodził go ostrzem w szyję. Głowa potwora potoczyła się
po jaskini, zatrzymując przy jednej z oślizgłych ścian. Reszta ciała osunęła
się bezwładnie na ziemię.
–
No świetnie. – warknął Geralt, który ponownie został opryskany breją, tym razem
w krwistym kolorze.
Złapał
za zwłoki i wrzucił je w płomienie. Tak samo postąpił w przypadku głowy stwora.
Przed wejściem do jaskini czekała na
niego driada. Jej zielona skóra lśniła w świetle księżyca, zupełnie jakby
pokrywały ją miliony małych kryształków. Długie włosy zasłaniały jej piersi.
–
Dziękuję, Gwynbleidd – odezwała się. Jej melodyjny głos przywodził na myśl
śpiew ptaków. – Zechciej pozwolić mi się odpłacić.
Wiedźmin
zlustrował ją wzrokiem. Była piękna, a on zmęczony i zakochany.
–
Wybacz, ale moje serce już do kogoś należy. – powiedział, po czym kulturalnie
pożegnał się i zniknął w wysokiej trawie.
***
Siedziała w oknie, czesząc swoje
długie, kasztanowe włosy i wpatrując się w miasto za szybą. Jej chowaniec –
czarny kocur imieniem Rae – leżał rozciągnięty przy stopach czarodziejki. Pochyliła się i podrapała zwierzę za uchem, na co zareagowało zadowolonym
mruczeniem. Triss uśmiechnęła się.
Nagle
kot zerwał się i pognał pod drzwi, piszcząc nieznośnie. Merigold doskonale
wiedziała, co oznacza ta zmiana zachowania.
Klamka się przekręciła, drzwi
skrzypnęły, a w nich stanął Geralt. Jego włosy kleiły się do twarzy, cały był
ubrudzony krwią i czymś jeszcze, co czarodziejka rozpoznała jako wnętrzności
harpii. Widząc swojego mężczyznę w takim stanie, posłała mu rozbawiony, ale i
zniesmaczony grymas.
–
Nic nie mów. – rzucił w jej stronę, podchodząc do okna.
Utkwiła
wzrok w jego wąskich, lecz ładnych ustach.
–
O czym marzysz, Geralcie?
Zawahał
się. Wrócił do domu po ciężkim dniu, a ona przywitała go takim pytaniem.
Zmarszczył brwi.
–
W tym momencie o gorącej kąpieli. – powiedział prosto z mostu. – A Ty, Mała
Merigold?
Na dźwięk przezwiska, jakim nazywał
ją w dzieciństwie zrobiło jej się ciepło na duszy. Delikatnie ujęła jego prawą
dłoń. Wiedział, czego pragnęła. Powtarzała mu to niejednokrotnie, jednak za
każdym razem nie była ani trochę bliżej swojego marzenia. Zagryzła wargę,
spuszczając wzrok.
–
Chcę mieć rodzinę z Tobą, Geralcie. Pragnę, byś był ojcem moich dzieci.
Wiedźmin
westchnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że życzenie Triss było niemożliwe do
spełnienia, jednak nie potrafił odebrać tej pięknej istocie nadziei.
–
Triss. – zaczął. – Będę szukać sposobu na to, byś była szczęśliwa tak długo,
dopóki moja dusza będzie istnieć. I nie spocznę, nim go nie znajdę. Obiecuję
ci.
Oczy
rudowłosej zaszkliły się, jednak wiedźmin nie zobaczył tego, bo włosy
zasłaniały jej twarz.
–
Jesteś przy mnie. Nawet, jeśli nie ma cię obok to jesteś, o tutaj.
Wyswobodził
dłoń z jej uścisku, by móc chwycić rękę czarodziejki i przyłożyć ją do swojej
piersi.
-
Kocham cię. – wyszeptała.
–
Wiem o tym. Pokazujesz mi to każdego dnia, odkąd pierwszy raz cię zobaczyłem. I
dziękuję ci. Chociaż również cię kocham, nigdy nie dorówna to uczuciu, jakim ty
darzysz mnie. – pochylił się i pocałował ją w czubek głowy. – A teraz chodź,
musimy się wykąpać.
Posłała mu jeden z najpiękniejszych uśmiechów, na
jaki było ją kiedykolwiek stać.
Obiecałam, że następnym razem naskrobię coś więcej, a więc czas ten nadszedł. :D
OdpowiedzUsuńPodoba mi się to przeplatanie dnia Triss z walką Geralta. Wyrównuje to nastrój całego rozdziału. Tak swoją drogą, to podoba mi się scena walki. Jest jednocześnie dynamiczna i nie za krótka, wszystko jest zawarte i dobrze opisane.
No i rozdział jest dłuższy niż prolog, przez co nie miałam wrażenia, że chcesz się zmieścić w małej ilości tekstu, więc trzymaj tak dalej!
Sypnę tu jeszcze motywującym proszkiem i znikam do czasu następnego rozdziału!
/rozrzuca magiczny pył/
Harley Quinn nadal w formie nawet jest ciut lepiej niż ostatnio chociaż fajne byłoby przeczyta opowieść w 100% jej po tym jak skończy te przygodę wiedźmina.Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuń